O SKARBACH W BYTOMSKIM ZAMKU

O skarbach w bytomskim zamku

 

W grodzie na Bobrem, w Żaganiu, żył dawno, dawno temu chłopak imieniem Stańko. Przylgnęło doń przezwisko „Wszędobylski”, gdyż wszędzie go było pełno i wszystkiego był ciekaw. Nie opuścił wieczornicy, w czasie której staruszkowie prawili bajdy. Lubił słuchać opowieści o starych zamkach, zaklętych skarbach i nieszczęśliwych księżniczkach, uwięzionych przez złych czarnoksiężników.

Najbardziej jednak fascynowała go opowieść o dziwnym kotle w bytomskim zamku. Starzy ludzie prawili, że w kotle tym znajdują się  nieprzebrane skarby, a jest on tak wielki i ciężki, że nie ruszą go nawet cztery pary wołów. Pilnuje go potężny i srogi rycerz w hełmie z czerwonym pióropuszem, zbrojny w ogromny miecz. Obok rycerza na grubej żerdzi siedzi sęp o stalowych piórach i mosiężnym dziobie, który czyha na śmiałka.

Są jednak sposoby na odebranie skarbu niesamowitym strażnikom. Można to zrobić tylko w noc świętojańską. Śmiałek, który się  tego podejmie, nie może mieć na sumieniu ani jednego złego czynu.

Nikt jednak dotąd skarbu nie zdobył. Kiedyś – opowiadano w Żaganiu – odważył się tego dokonać jeden kmieć. Po wygłoszeniu wszystkich zaklęć wszedł do zamku i ujrzał kocioł pełen skarbów. Musiał mieć jednak jakiś zły uczynek na sumieniu, bowiem ukazał mu się rycerz z czerwonym pióropuszem i sęp. Śmiałek swego czynu ledwo nie przypłacił życiem.

Stańko z pacholęcia wyrósł wkrótce na krzepkiego wyrostka, jednak myśl o zaklętych skarbach w bytomskim zamku nigdy go nie opuszczała. Zasypiał i budził się z nią. Pewnej wigilijnej nocy, kiedy zwierzęta rozmawiają ludzkim głosem, posłyszał słowa zaklęcia, które, żeby nie zapomnieć, wielokrotnie sobie powtarzał. Z niecierpliwością oczekiwał świętojańskiej nocy. Chodził po uliczkach Żagania rozmyślając o skarbach. Baczył też, żeby jakiegoś złego uczynku nie popełnić. Czasem zdawało mu się, że posiadł już skarby z Bytomia. Oto murarze wznoszą dla niego ogromny pałac, nie mniejszy od tego w Żaganiu. On zaś galopuje na pięknym rumaku, a wszyscy kłaniają mu się w pas. Wśród tłumów rozlega się głos: „Oto Wielmoża Stańko, bohater, co pobił czarnoksiężnika”.

Kiedy nastał czerwiec Stań ko wziął kij, węzełek i nie opowiadają sie nikomu, ruszył do Bytomia. Na pierwszą noc zatrzymał się w Szprotawie, na drugą w Kożuchowie, trzecią przespał w Bytomiu. Nazajutrz na jarmarku kupił koguta, którego hojnie karmił, żeby był tłusty. Liście paproci wysuszył na proch, żeby szybko spłonęły w latarce. Z nastaniem nocy świętojańskiej, kiedy na Odrze puszczano wianki, a nad jej brzegami palono ogniska, udał się na rozstaje. Tam zabił koguta, spalił ziele, które zmieszał z krwią. Drżąc z przejęcia, mazią tą wysmarował sobie twarz i ręce. Zaraz też poczuł się niezwykle silny. Ruszył do zamku, a gdy stanął przez bramą, zawołał: – Gwiazdeczko, gwiazdeczko, stań się ptakiem i sfruń z chmury. Stań się rybką, rybką srebrną i popłyń Odrą do morza.

Zgrzytnęły zardzewiałe zawiasy. Stańko znalazł się na dziedzińcu. Pośrodku stał długi, kamienny stół, wsparty na pięknie rzeźbionych kolumnach. Paliły się na nim wielkie, kręcone świece, od których było widno jak w dzień. Na stole leżał miecz i szyszak z pękiem piór. Obok stała dziewica okryta długą, białą szatą.

„Tak wyglądają chyba królewny” – pomyślał Stańko. Czuł, jak serce łomoce mu z wrażenia.       Dziewica milcząc podeszła do stołu, podała Stańce miecz i szyszak. Po czym skinieniem głowy nakazała iść za sobą. Weszli w długi, zamkowy korytarz cuchnący kurzem i wilgocią.

– Ratuj mnie – odezwała się dziewica – jestem w mocy złego rycerza czarnoksiężnika. Zabij go. Utocz krwi z człowieka, na którego ramieniu siądzie sęp. Ten ptak już dawno nic nie pił.

Stańko rzekł:

– Uczynię wszystko, aby cię wyzwolić, pani.

Nagle ujrzał ogromny kocioł pełen skarbów. Jak zaczarowany nie mógł oderwać od niego oczu. Zapomniał już o dziewicy, która go tutaj przywiodła, gdy stanął przed nim rycerz z czerwonym pióropuszem na hełmie. Na piersiach miał kuty ze srebra łańcuch, jaki dawniej nosili znakomici rycerze. Pancerz ze srebrnych łusek opinał mu pierś. Na grubej żerdzi siedział ponury sęp.

Stańko podniósł miecz i zamierzał się do cięcia. Sęp, rozpostarłszy skrzydła, sfrunął na ramię dziewicy. W tejże chwili Stańko poczuł silne uderzenie. Przed oczami zaczął mu sie kołysać kocioł pełen złota, później złoto przemieniło się w czerwień. I padł Stańko bez czucia. A gdy oprzytomniał, słyszał jeszcze oddalający się w głąb ziemi żałosny, dziewczęcy śpiew. Śpiew cichł, stał się wreszcie podobny do szeptu.

Dzień wstawał jasny i zanosiło się na upał. Powietrze brzęczało rojem pszczół. Srebrnogłowe dmuchawce wiodły tan w takt muzyki delikatnego wiatru, kołysząc wiotkimi łodyżkami.

Stańko ciężko wlókł się w stronę bramy. Niewyspany po nocy świętojańskiej strażnik pokiwał głową:

– Oj, piło się, piło. Pewnikiem łupnęli cię gdzieś, kiejś tak poturbowany.

Stańko milczał. Wyszedłszy za bramę, legł na murawie, która ciągnęła się aż do Odry. Spał do południa, a kiedy mocne słońce zaczęło promieniami łaskotać mu powieki, wstał i poszedł.

Do Żagania nie wrócił. Jedni mówili, że od rany w drodze zmarł. Inni, że się wylizał i poszedł w świat skarbów szukać. Jak było, nie wiadomo.

Po wielu, wielu latach jakiś śmiałek z Głogowa uwolnił dziewczynę, która później została jego żoną. Ale skarbów nie posiadł. Rycerz czarnoksiężnik ukrył je gdzieś bardzo głęboko.

 

Oprac. H. Rutkowska; legenda pochodzi ze zbioru pt. Żelazny diabeł oraz inne podania i baśnie lubuskie,Wydawnictwo Poznańskie 1987.

Reklamy

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: