RZEŹBIARZ, DIABEŁ I MASZKARONY

RZEŹBIARZ, DIABEŁ I MASZKARONY

Był  Jan Boręta rzeźbiarzem, ale nie takim sobie zwykłym, co tylko dla pieniędzy rzeźbi, po jarmarkach chodzi, i tym, co wystruży, kupczy. Rzezał pięknie, w drewnie i w kamieniu: ludzi, zwierzęta, ptaki. Wszystko zaś jak żywe.

Któregoś dnia, równo ze świtem, zerwał się z posłania i nikogo nie budząc wybrał się za miasto. Lubił o tej porze chodzić po lesie, podpatrywać i przemyśliwać.

Za rogatkami Żagania wszedł na gościniec, który jak wąż wił się i ginął w borach rozciągniętych po obu brzegach Bobru. Szybko przemierzył długim krokiem uprawne zagony i zaraz też otoczył go półmrok sennych jeszcze drzew. Pod stopami szeleścił wyschnięty mech, bo deszcze tego lata padały rzadko, trzaskały łamane gałązki, czasem gdzieś nagle czmychnął  jakby zaspany jeszcze szarak, dzięcioł zastukał w pień drzewa, załopotał ze zdziwienia leśny rabuś – jastrząb i majestatycznie uniósł się w niebieskawe powietrze.

Nagle w pobliskich krzakach ujrzał dziwacznie ubraną babę. Przystanął.

– Brożyny nie poznajecie, Janie? – zarechotała starucha. – Przyszłam po ziele, zabrakło mi skrzypu, a i lubczyk też się kończy.

– Chyba jakiś diabeł cię tu sprowadził – powiedział Boręta i wykrzywił twarz niezadowolony.

– Powiadają ludzie, że jak rankiem ktoś mnie najdzie w lesie, wkrótce z diabłem będzie miał do czynienia.

– Idźże swoją drogą, starucho! – wykrzyknął.

– Ady idę, idę – usłyszał  starczy głos.

Brożyna jak się nagle pojawiła, tak też i znikła w leśnej gęstwinie.  Boręta wzdrygnął się.

Wtem doleciało go wesołe ujadanie. Dróżką przez bór, swawoląc, biegła gromada chartów. Za chartami szli sokolnicy, niosąc na drążkach nieruchomo siedzące sokoły.  Dalej już kupą ciągnęli naganiacze i gromada dworskich parobków.  Za nimi wolno ciągnął orszak. Przodem na koniu jechała młodziutka dziewczyna. Na jej ramieniu siedział sokół. Musiał być dopiero obłaskawiony, bo jeszcze miał na oczach zielony kapturek.

Zdumiał się Jan, bo jak żył, nie widział niewiasty na polowaniu.

a i dziewczynę tę, dałby głowę, zobaczył po raz pierwszy.

Słońce wędrowało coraz wyżej i wyżej. Ujadanie ucichło. Nastała, jak się Janowi wydawało, trwożna cisza.  Zawrócił do miasta, w którym panował już poranny ruch i gwar. Kiedy znalazł się w izbie, wiedział, co dziś będzie rzezał. Pośpiesznie przewracał klocki.  Ten z pnia dzikiej gruszy wydał mu się najstosowniejszy. Wióry spadały mu dookoła nóg. Powoli z drewna wyłaniały się rysy dziewczęcej twarzy.

Obok stał Jaromir, syn sąsiada, przysłany do Boręty na naukę i nie mógł się nadziwić.

Raz w miesiącu odbywał się w Żaganiu wielki jarmark, bo małe miały tu miejsce każdego dnia. Jan lubił chodzić na jarmarki, przyglądać się kolorowym kramom, swawolom błaznów i kuglarzy, od których nawet pachołkowie miejscy trzymali się z dala. Kiedyś wyrzeźbił błazna w objęciach niedźwiedzia. Innym razem karła strojącego ucieszne miny.

Kiedy tak szedł teraz z Jaromirem przez zastawiony kramami plac, od strony  pałacu wybiegli pachołkowie księcia, głośno pokrzykując na gawiedź:

– Drogę jaśnie oświeconemu panu! Drogę!

Ludzie spiesznie robili przejście, bo ze służbą księcia nie było żartów. Za gromadą pachołków toczyła się kolasa. Ciągnął ją poczwórny zaprzęg karych koni.

– Ej, dobrze musi się tam jechać – westchnął Jaromir.

– Pewno – przytaknął Jan.

W oknie kolasy zobaczyli twarz dziewczyny.

– Mistrzu Janie, taką samiuteńką wyrzezaliście! – wykrzyknął zdziwiony Jaromir.

– Ciiichaj, jeszcze cię usłyszą pachołkowie i biedy napytasz – strofował Jan, chociaż w tym hałasie i tak by nikt chłopca nie usłyszał.

Około południa Jan powrócił z miasta.  Wszedł do izby, gdzie na stole pod ścianami, we wszystkich kątach stały, leżały w nieładzie najrozmaitszych kształtów figurki. Głowy dziewczyny nie było.  Szukał, przepytywał, krzyczał, ale nikt z domowników nie wiedział, gdzie się podziała.

 

W pałacu, do którego po dłuższej nieobecności powrócił książę, przygotowywano się do wielkich łowów. Książę oglądał broń, gdy do komnaty weszła księżniczka i postawiła na stole przed ojcem drewnianą rzeźbę.

– Miałażbyś to być ty? – zapytał spoglądając na córkę, która długo bawiła na obcych dworach i dopiero niedawno tu przybyła, to znów na rzeźbę. – Któż to tak rzeza?

– Nie wiem, jakaś zielarka przyniosła to na dziedziniec.

– Zielarka?

– Brożyna na nią wołają – powiedziała księżniczka – a może inaczej? Dziwne tu u was panują obyczaje, ojcze.

– Nie u was. U nas, drogie dziecko – powiedział książę i klasnął w dłonie. W drzwiach pojawił się sługa. – Przyprowadzić zielarkę Brożynę, a żywo!

Książę lubił, gdy jego rozkazy spełniano natychmiast. Bywał wtedy hojny i łaskawy.

Nazajutrz do domu Boręty, który stał przy drodze do Nowogrodu, weszło dwóch pachołków księcia.

–  Czy mamy przed sobą mistrza Borętę? – zapytali.

–  We własnej osobie – odpowiedział Jan.

Ze skórzanej sakwy wyjęli drewnianą rzeźbę, delikatnie obracając ją w dłoniach.

–  Czy to wasze dzieło?

–  Ano, moje.

– Książę was wzywa do pałacu – powiedzieli – jutro z samego rana.

I wyszli. Jan jakby oniemiały długo stał na środku izby i nie wiedział, co ze sobą zrobić. Ze stanu tego wytrącił go dopiero dzwon z kościoła augustianów, który rozdzwonił się na Anioł Pański.

 

Jan od strony Bobru wszedł na dziedziniec pałacowy, po którym krzątała się służba, pokrzykując na siebie nawzajem. Rozglądał się niepewnie, nie wiedząc, dokąd iść. Wreszcie ruszył w stronę najszerszych dźwierzy. Nie przekroczył  jeszcze progu,  gdy doszedł do niego pachołek i zapytał:

–  Wyście to mistrz Boręta?

–  Ja.

–  Czeka was wielka robota. Książę hojnie was wynagrodzi, jeśli ją  dobrze wykonacie. Nową chałupę postawicie.

Jan pokraśniał ze wzruszenia i jąkając się, spytał:

–  Wiecież o tym na pewno?

–  Samem słyszał jak książę rozmawiał z panienką. Na przebudowę pałacu się zanosi. Księżniczce za mąż trza iść.

Gaworząc szli długim korytarzem, gdzie na ścianach pełno było makat, zbroi i portretów, z którego patrzyli na świat dawniejsi włodarze pałacu. Były to matrony o bogatych szatach, chude i tłuste, blade i różowe. Byli tam mężczyźni o groźnych obliczach,  z sumiastymi wąsami, odziani w karmazyny i delie.

Jan łapczywie spoglądał  na te obrazy, malowane przez mistrzów włoskich i flamandzkich.  I ani się spostrzegł, gdy stanęli przed ciężkimi drzwiami do komnaty księcia.  Pachołek zapukał, a kiedy usłyszeli potężne „wejdź”, delikatnie popchnął Jana do środka, sam zaś pozostał na korytarzu.

Za stołem misternej roboty siedział książę, mając przed sobą gruby foliał, a u stóp zwiniętego w kłębek łaciatego wyżła, który  na wejście Jana nawet łaba nie podniósł.

–  Jesteś, mistrzu – odezwał się książę.

Boręta skłonił się, jak tylko mógł, nisko. Później przez chwilę przyglądał się księciu, chcąc wyczytać z jego oblicza, co zamierza. Twarz ta, na której  lata pozostawiły już swoje ślady, nie zdradzała jednak niczego, co mogłoby Borętę zaniepokoić.

–  Mój pałac chcę ozdobić maszkaronami – powiedział książę. – Tylko warunek: każda twarz musi być inna, w niczym nie podobna do poprzednich. Inaczej nie otrzymasz nagrody, a nagroda będzie wielka. Od jutra możesz zabrać się do roboty.

Boręcie robota ta wydała się bardzo prosta, toteż szczęśliwy głęboko skłonił głowę i wyszedł.

 

Było jeszcze mroczno, kiedy w izbie Boręty trzaskał ogień na kominie, a w jego blaskach Jan i Jaromir  pakowali narzędzia do skórzanego mieszka.  najpierw włożyli dłuta i dłutka, rylce, młotki i młoteczki, a na koniec farby i pędzle. Kiedy  mieszek był już wypełniony, poszli do pałacu.

Pachołek, który na dziedzińcu czekał na Borętę, wskazał mu obszerną piwnicę pełną kamieni. Jan osiadł okrakiem na zydlu, chwycił dłuto i młotek. Kuł i kuł. Najpierw pojawiła się okrągła wypukłość, później kilka wgłębień. W południe z piaskowca wyjrzała twarz wykrzywiona ze śmiechu. Kiedy Jaromir podawał mistrzowi z piąte już chyba dłuto, parsknął:

–  A dyć to ja, takusieńki jak w tym zwierciadle, w którym żeśmy się przeglądali na jarmarku. Takusieńki.

Jan pracował bez wytchnienia. Świtem wybiegał z domu, późnym mrokiem powracał.  Twrzy było z każdym dniem coraz więcej. Swymi wyłupiastymi oczami spoglądały na świat i ludzi spod okien i znad drzwi. Ściągały pod pałac gawiedź z całego Żagania. Niektórzy rozpoznawali siebie, ale nikt do Jana  nie miał pretensji. Byli tacy, którzy bez przynaglenia chcieli pozować. Najbardziej cieszył się książę, kiedy obchodził pałac.

Aż nagle coś się popsuło w pracy mistrza. Utknął w miejscu. Kuł wprawdzie i kuł jak przedtem, od rana do zmroku, ale powstawała twarz podobna  do którejś z poprzednich. Zły i zgorzkniały odrzucał kamień i brał inny.

Zniecierpliwiony książę naglił do pośpiechu, bo zbliżał się ślub księżniczki i na ten dzień cały pałac miał być pokryty maszkaronami, żeby rozweselały weselników.

–  A niechby i sam diabeł mi pomógł – powiedział raz mistrz w złości. Otwarły się drzwi do piwnicy. Boręta obejrzał się, myśląc że to Jaromir powrócił z dziedzińca. Na progu stał młodzieniec. W ręku trzymał czarny beret z dużym piórem przypiętym złotą zapinką.  Na nogach miał trzewiki z czerwonego safianu i białe pończochy. Bufiasty kaftan był dziergany złotymi nićmi. Kryza wokół szyi lśniła bielą koronek. Twarz miał smagłą, spod nosa sypał się delikatny wąs. Tylko oczy żarzyły się jakoś dziwnie jak węgielki. Jan pomyślał, że to może krewniak księcia, których w zamku bawiło wielu.

–  Waszmość kto zacz? – zapytał Jan, bo nie lubił, kiedy mu patrzono na ręce przy robocie.

–  Ten, kogoś wzywał.

Boręta podniósł dłoń do czoła, jak gdyby zamierzał przeżegnać się, ale młodzieniec powstrzymał go.

–  Nie bój się. Staję na twoje żądanie. Pomogę ci, bo sam nie poradzisz. O nagrodzie dla mnie pogadamy później. A teraz patrz na mnie i kuj.

Boręta przestraszony patrzył na młodzieńca.  Ten zaś zaczął tak zmieniać twarz, że mistrzowi wydawało się, że za każdym razem stoi przed nim ktoś inny. Opędziwszy strach, zabrał się do roboty. Wiedział już, kim był młodzieniec. Lęk go ogarniał, pocił się, brakowało mu śliny w ustach, ale pracował bez wytchnienia.  Z księciem nie było żartów. Rozsierdzony mógłby go kazać wrzucić do lochu albo zamurować w wieży głodowej. Nasłuchał się opowiadań od służby, którą książę srogo karał za najmniejsze przewinienia. Nie miał wyboru. Chciał żyć, chciał być sławny, chciał dorobić się majątku. Musiał być posłuszny i samemu diabłu.

Kiedy zbliżał się zmierzch, a Jan zamierzał udać się na spoczynek, młodzieniec powiedział:

–  O północy spotkamy się na rozstajnych drogach.

Ledwo to wymówił, znikł, rozpłynął się w powietrzu jak mgła.

Boręta w karczmie nad czarką miodu czekał północy. A kiedy nadeszła, otrząsnął się, jakby z zimniej wody wyszedł, uczynił znak krzyża na piersiach, drzemiącemu karczmarzowi rzucił grosz i szparko wyszedł.

Ledwie żyw dotarł tam, gdzie drogi rozchodzą się w cztery świata strony. Tu jak spod ziemi wyrósł młodzieniec. Był w kontuszu, a oczy w ciemności błyszczały mu bardziej niż we dnie. Księżyc zasnuł chmury, zerwał się wiatr i zaczął poświstywać w pobliskich zaroślach.

Młodzieniec wyjął zza pazuchy pergamin, a z kieszeni świeczką. Chuchnął, ogień wytrysł mu z gęby i świeczka zapłonęła.

ruchem ręki kazał Boręcie usiąść na drodze, a sam wyjął zza ucha gęsie pióro. I nim mistrz usiadł, młodzieniec ukłuł go spiczastym paznokciem w serdeczny palec, a gdy pojawiła się kropla krwi, zaczął pisać. Później podał Boręcie pióro i kazał podpisać. Mistrz drżącą ręką podpisał, a młodzieniec gwizdnął z uciechy, aż zapachniało siarką.

–  Teraz jesteś mój. Podpisałeś cyrograf na własną duszę – roześmiał się dziko.

Kiedy nazajutrz Jaromir zdyszany wpadł do pracowni, ujrzał posiwiałe nagle włosy mistrza.  Jeszcze bardziej otworzył w zdziwieniu usta, gdy zobaczył stojącego w kącie piwnicy młodzieńca.

–  Nie będziesz mi dziś potrzebny – powiedział Jan. – Wracaj do domu.

Boręta rzeźbił teraz bardzo szybko. Młodzieniec nie odstępował od niego nawet na chwilę. Janowi, kiedy wracał do domu na noc, wydawało się, że idzie z nim, chociaż nie było go widać. Aż nadszedł dzień, kiedy pozostał mu do wyrzeźbienia ostatni maszkaron. A gdy ten był gotów, okazało się, że nad jednym z pałacowych okien widnieje puste miejsce. Jan zabrał się do roboty, ale znów mu nie szło.

–   Wiesz, czarcie – rzekł Jan – tak długo obok mnie stoisz, a jeszcze nie wiem, jak naprawdę wyglądasz. Oblicze masz gładkie, ale przecież nie diabelskie. Ono jakby nie twoje.

–  Nie moje – rzekł młodzieniec. – Chcesz, to ci opowiem, jak wyglądam.

–  Chcę je zobaczyć. Może bym nawet je wyrzeźbił, pokażże się wreszcie, do stu diabłów. Obiecałeś mi posłuszeństwo, czy nie?

Diabeł znikł. Jan długo kuł w kamieniu, ale każda twarz była podobna do poprzedniej. I nawet wielokrotnie wzywanie diabła nie pomogło. Młodzieniec już się nie pojawił. Jan struchlały o swoje życie na kilka dni przed ślubem księżniczki gdzieś przepadł. Bał się księcia. Chociaż długo ludzie mówili, że to diabla sprawka, i że nie powinien z diabłem w pacht wchodzić, bo ten go zawsze oszuka.

Jak było, dziś już nikt nie wie. Natomiast ciągle spod okien i znad drzwi pałacu w Żaganiu wyłupiastymi oczami patrzą  na świat maszkarony. I patrzeć będą tak długo, jak długo stać będzie pałac.

 

Oprac. I. Koniusz; legenda pochodzi ze zbioru pt. Żelazny diabeł oraz inne podania i baśnie lubuskie, Wydawnictwo Poznańskie 1987.

 

Reklamy

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: